Przemyślenia/rozkminki* egzystencjalne (*niepotrzebne skreslić)
Właśnie mija 10 lat odkąd jestem w Anglii. Jest styczeń-miesiąc, który nigdy nie wpływał na mnie pozytywnie. Kiepska pogoda, krótkie dni, miły okres świąteczny za nami, wciąż tak daleko do lata....Długo by tak można wymieniać. Nie jest zbyt optymistycznie.
Włączyły mi się przemyślenia. Przyszedł czas dokonania pewnego bilansu, rachunku sumienia, podsumowania. Niestety nie wygląda to zbyt dobrze.
Przyjechałem tu , jak większość Polaków po 2006 roku z założeniem zarobienia jakichś pieniędzy i powrotu do kraju po roku, dwóch latach. Pobyt przeciągnął się jak widać.
Co osiągnąłem w tym czasie?
Niewiele.
Mam stałą pracę, jednakże zdecydowanie poniżej moich ambicji i nie widzę , żeby miało się to prędko zmienić. Niby żyje mi się dobrze, stać mnie na fajne wakacje dwa razy w roku, modne ciuchy etc.
Początkowo mi to wystarczało, cieszyłem się jak dziecko , że na tyle mnie stać! Lecz z czasem zacząłem chcieć czegoś więcej. Czego?
Pracy , którą bym lubił, rozwoju , kariery. W międzyczasie coś tam zrobiłem, nie czekałem na uśmiech losu z założonymi rękami.....aczkolwiek moim zdaniem mogłem zrobić o wiele więcej. Zdałem maturę z angielskiego, celem formalnego potwierdzenia mojej znajomości tegoż języka; udało mi się także uzyskać obywatelstwo brytyjskie. Wszystko po to , żeby pójść tu kiedyś na studia podyplomowe, co mi się od dawna marzy. Postanowiłem być cierpliwym i dążyć do tego celu krok po kroku.
Niestety zdałem sobie sprawę z tego, że mam na to wszystko coraz mniej czasu! Dobijam przecież do 40-stki i tkwię od 8 lat w angielskiej fabryce, funkcjonując jako obywatel drugiej kategorii.
Na domiar złego , większość moich znajomych w Polsce , którym tez kiedyś nie wiodło się najlepiej, ułożyło sobie całkiem nieźle życie. W ciągu tych ostatnich 10 lat awansowali, robili kariery, część jest nawet na kierowniczych stanowiskach. Byli cierpliwi i coś osiągnęli, a ja co?
Mam "January blues", nie wiem czy poszedłem właściwą ścieżką, czy dokonałem słusznych wyborów?!
W tym blogu postaram się Wam opowiedzieć , jak to wszystko się zaczęło, co skłoniło mnie do wyjazdu, co się wydarzyło przez tych 10 lat, czego się nauczyłem i dowiedziałem o Anglii.
Będzie śmiesznie i gorzko zarazem...., ale zazwyczaj śmiesznie, lecz ten humor będzie czasem dość specyficzny, tak jak specyficzna jest ta wyspa i jej mieszkańcy. Czasami jest tu na prawdę , jak w komediach Monty Pythona.
Początek czy koniec?
Zaczęło się wszystko, a może skończyło pewnego mroźnego styczniowego
poranka 2006 roku. Skończył się mój 30 letni rozdział życia w Polsce , a
zaczął nowy na Wyspach.
Warszawa Zachodnia dworzec autokarowy i kolejowy, niezależnie od pory
dnia lub nocy, zawsze pełny , gwarny i często pijany. Wśród tysięcy osób
podróżujących w różnych kierunkach, snuli się niczym, zjawy bywalcy
miejscowych barów. Skacowani desperacko poszukiwali kogoś, kto
"poratowałby dwójakiem na piwko".
Szedłem do autokaru wilgotnym , śmierdzącym moczem przejściem
podziemnym. Mijałem stragany z pirackimi płytami, czasopismami sprzed
tygodnia za pół ceny oraz kramy z pączkami i drożdżówkami.
Tłumy, tłumy, nieprzebrana anonimowa masa ludzka, a wśród niej ja
zmierzający ku swemu nowemu przeznaczeniu. Wszyscy ci ludzie dokądś
zmierzali, spieszyli się, byli gdzieś przypisani. Ja znałem tylko cel
mej podróży, a wszystko co dalej było jedną wielką niewiadomą.
Jechałem do Anglii, nie na wycieczkę bynajmniej, lecz jak rzesze Polaków
w tym czasie, do pracy. W porównaniu do wielu z nich byłem w dość
komfortowej sytuacji. Było tak z dwóch podstawowych powodów: nie
wyjeżdżałem sam, lecz w towarzystwie żony oraz nie jechałem w "ciemno"
jak większość.
Praca załatwiłem sobie w Polsce poprzez polską agencję pracy rekrutującą pracowników do angielskich fabryk i magazynów.